Jak zostałam otyłą babą jedząc zdrowo

Przytyłam. Dużo. 

Ze szczupłej młodej kobiety stałam się sapiącą, wiecznie zmęczoną otyłą babą z podgardlem i wielkim brzuchem. Gdybym była mężczyzną, miałabym ogromny “brzuch piwny”. Tylko, że ja piwa nie piję. Nie jestem mężczyzną. Nie jestem w ciąży, choć często jestem o to podejrzewana. 

Dlaczego przytyłam? Dopadło mnie życie. Problemy. Nie będę opowiadać ze szczegółami, ale mam wyjątkowe dzieci ze szczególnymi potrzebami. W sumie mam trójkę dzieci, już nastolatków. Do tego mieszkam w wypizdowie dolnym, więc absolutnie wszędzie poruszam się samochodem. Do pracy, na zakupy, na terapię, na basen, po prostu wszędzie. 

Co jadłam? nie, nie fast foody! Pierwszego maczka w promieniu 20 km, ode mnie otworzono dopiero niedawno. Oczywiście, że jadłam zdrowo. Kalafior (cały), kapusta (cała), marchew (no, dobre dwa kilogramy). Ogólnie zdrowo. Tylko dużo i ciągle, bez przerwy, nieustannie. Obiady z powodu zaburzeń odżywiania jednego z dzieci – dwa, a czasem nawet trzy. I wszystkie ciągle próbowałam, żeby wiedzieć czy dobre. 

No przytyłam. Stało się.

blank

Zaczęłam bardzo źle się czuć. Zaczęły się migreny, sapanie nawet podczas siedzenia, ciągłe zmęczenie, łysienie, potworny ból kolan i wiele innych dolegliwości. Poszłam do lekarza. Powiedział, że powinnam schudnąć. No kurde, dobrze, że to zauważył, sama bym na to nie wpadła. 

Olałam temat. Przecież nie miałam czasu, nie miałam motywacji, jakoś żyłam. Do tego odchudzanie kojarzyło mi się z morderczymi treningami, z wiecznym głodem i ciągłym gotowaniem. A ja naprawdę nie miałam na to czasu. Przecież jadłam zdrowo, to powinno być OK.

Potem się zaczęło po kolei. Najpierw krzywa cukrowa. W moje rodzinie cukrzyca jest “normalna”. Chorowała moja babcia i całe jej rodzeństwo, choruje mój ojciec i jego rodzeństwo. Babcia mieszkała z nami. Znałam objawy na wylot. I kiedy w pewnym momencie zrobiło mi się słabo, ciało zaczęło drżeć i ogólnie poczułam zjazd energetyczny, dokładnie wiedziałam co się dzieje. Nawet cukierka pod ręką nie miałam, więc wzięłam do ust łyżkę miodu i zaraz zadzwoniłam do przychodni informując, że pilnie potrzebuję skierowania na krzywą cukrową.
No oczywiście, że cukrzyca typu 2 już była porządnie zadomowiona.

Kiedy indziej, kiedy leżałam zmęczona kompletnie niczym, nagle poczułam pulsujący ból z tyłu głowy. To nie była migrena, która zawsze zaczynała się od lewego oka, z którą sobie nie radziłam wcale, ale umiałam z nią żyć. Czasem wymiotowałam, czasem słabłam, światło dnia doprowadzało mnie do szału, ale nauczyłam się z nią żyć. Ale ten ból był inny. Nie mogłam sobie z nim poradzić. Myślałam, że głowa mi pęknie. Leki nie działały, okłady wcale, do tego było mi niedobrze, ale tak inaczej. Zadzwoniłam do przychodni z pytaniem co mam zrobić. Na SOR jechać? Do lekarza? Jakiego? A jak umrę po drodze? 

Lekarz kazał mi natychmiast przyjechać. Nie samej. Z kierowcą. No to pojechałam. Ciśnienie 240/130. Natychmiast leki, woda, pielęgniarka się uwija. Ciśnienie schodzi. Ale choroba o dumnej nazwie “nadciśnienie tętnicze” już ze mną zostaje. I leki też. 

Potem problemy ze snem. Ale ja wiem jak to działa. Wymieniam materac, kupuję zaciemniające zasłony, wyłaczam ekrany o 20:00, piję melisę przed snem, a ostatnią kawę o 11:00. Przecież musi zadziałać. No nie. Nie działa. Znowu lekarz. Znowu diagnostyka. Tym razem tarczyca. Witajcie kolejne leki. 

W międzyczasie lekarz każe wejść na wagę. No dobra, niech będzie. Fakt – ciuchy zrobiły się dziwnie ciasne. ale przecież nadal jem zdrowo. Ryby, warzywa, zupy… No przecież powinno być OK. Fakt kolejny – kolana bolą jak jasna cholera, ale kolana zawsze bolały. Przywykłam.

No nie. Nie jest OK. Jest plus kolejne 10 kg. Sytuacja jest zła. Lekarz nawet odzywać się nie musi. 

No dobra. Biorę skierowanie do diabetologa. Nawet się umówiłam i pojechałam. No bo z mojego wypizdowa dolnego wszędzie muszę jechać. Diabetolog zalecił jedzenie kurczaka z ryżem i brokułem trzy razy w tygodniu. Ryżu nie lubię. Kurczaka i brokuła bardzo, ale proszę, ileż można? Poza tym i tak muszę gotować dwa lub trzy różne obiady. Olałam. 

Poszukałam dietetyka online. W końcu tak łatwiej. Poza tym ja żyję online już od dwudziestu lat. I tu się czuję najlepiej. 

Dietetyk online spojrzał na wyniki, rozpisał dietę i skasował 200 zł. Nawet nie zajrzałam w tą rozpiskę. 

Po rozmowie z psychologiem (jestem w terapii) doszłam do wniosku, że ja potrzebuję psychodietetyka. No więc znalazłam. Takiego z pozytywnymi opiniami, polecanego. Z Warszawy.

On, jako jedyny z tego całego środowiska zaczął ze mną rozmawiać. I zaczął tłumaczyć: że białko ważne, że zdrowo, ale dużo, to też bardzo źle. Że ruch – niekoniecznie siłownia, ale bardziej cardio. Najlepiej w ogóle bieganie. 

No to mu tłumaczę: bardzo bolą kolana. Poza tym bieganie to najgorsze co mnie w życiu może spotkać. Że w szkole jak biegaliśmy (a biegaliśmy bez przerwy, bo szkoła była w lesie) to zawsze wszyscy przybiegli, potem długo, długo nic, a po kolejnych milionie godzin doczłapywałam się ja. I mam traumę. No to on spokojnie, że nie muszę na czas, że nie muszę od razu i że na całkowitym luzie. I że polubię. OK, może polubię. Wątpię, ale przyjmuję. 

Dieta. Nie kurczak z ryżem i brokułem. Ufff…. Psychodietetyk zaleca łososia. Dwa razy w tygodniu. No to mu tłumaczę – mieszkam przy rzece. Wędkarze wędkują. Mają płocie, karasie, liny, szczupaki. Nie mają łososia. Poza tym robię zakupy w dino, bo mam najbliżej. Tam są krewetki, dorsze, ale nie ma łososia. Poza tym łosoś drogi. A on na to, że on nie wie co to za ryby, poza dorszem. Nie zna takich ryb jak karasie czy liny, o płociach słyszał, ale nie zna makro tych ryb. I łosoś koniecznie. Dwa razy w tygodniu. Nojaciekurwapierdole. 

Wyszłam znowu z niczym.

Od tego czasu przeszłam drogę wszystkich odchudzających się. Zaczynałam od poniedziałku, chodziłam głodna dwa dni, potem rzucałam się na jedzenie i nadrabiałam. Próbowałam samo białko, samą kapustę, awokado… I dupa. Próbowałam keto, ale nie wyobrażam sobie życia bez buraków i selera, bez czereśni w sezonie, bez ziemniaków. Zwłaszcza pieczonych. Albo z ogniska (tak, mieszkanie w wypizdowie dolnym ma tę zaletę, że można sobie zrobić ognisko kiedy się chce). Próbowałam 8/16. Spadki cukru były takie, że znów słabłam, znów mnie telepało. Nie mogłam. 

Ale zaczęłam trochę inaczej jeść. Znalazłam filmy Ireny, które pokochałam (healthy omnomnom – poszukaj na yt, insta, albo jej strony internetowej). Irena jest weganką, ale ja do jej przepisów dokładam mięso i mi pasuje. Ja naprawdę uwielbiam warzywa. Przekonałam się do strączków. Też dzięki Irenie. Nie, to nie jest wpis sponsorowany. To jest moja droga. 

Zaczęłam chodzić na spacery. Dla mnie spacery są dziwnym wynalazkiemn. Chodzenie wymyślono po to, żeby przemieszczać się z punktu A do punktu B. Spacer to jest chodzenie dla samego chodzenia. Dla mnie niezrozumiałe. Ale znalazłam cel – robienie kroków i ogólne ruszanie się. 

I nagle, po kilkunastu tygodniach okazało się, że z 88 kg spadłam na 82 kg. Brzuch nadal jest ogromny. Ale kilogramy poleciały.

Teraz postanowiłam, że jakoś to wszystko usystematyzuję. Znów umówiłam się do psychodietetyka. Lokalnego. Offline. Z polecenia psychologa. Zobaczymy co mi powie. Trzymajcie kciuki!!!

PS: Do wpisu jest grafika, bo na komputerze mam zdjęcia z czasu, kiedy jeszcze byłam młoda i szczupła. Muszę w końcu zmotywować mojego męża, który ma dyplom z fotografii portretowej, żeby zrobił mi aktualne zdjęcia. Tu też trzymajcie kciuki! A na Facebooku jestem ja, żywa i aktualna. Jak chcesz mnie zobaczyć, to wbijaj tam.